piątek, 25 maja 2012

zawsze. ciągle. mimo. wciąż.

zastanawiam się... dlaczego tak po prostu nie potrafiliśmy się przyjaźnić? dlaczego to było takie trudne? dobrze, moje uczucia robiły swoje, ale co z Nim? obiecałam sobie nie myśleć więcej o tym człowieku. zarzekałam się i przysięgałam samej sobie. dlaczego teraz o nim myślę?
siedem i pół miesiąca.
może tak naprawdę nigdy nie byliśmy przyjaciółmi? słyszeliśmy się i uśmiechaliśmy wtedy, kiedy trzeba było. udawaliśmy przyjaciół, bo tak było nam wygodniej.

tęsknie za Nim. nie za moją miłością do Niego, a za Nim. jako za człowiekiem. za tym, jak się śmiał i za tym, że był jedynym mężczyzną, który łapał moje myśli w locie. nasze neurony lustrzane były nastawione na wzajemność.
nie byliśmy przyjaciółmi, bo definicja tego słowa jest równocześnie za szeroka i za wąska. przyjaźń o nas, to było "za mało" bo wiadomo, że kochaliśmy się i "za dużo", bo bywały dni, że byliśmy sobie obcy.

niby nie myślę o Nim często.
nie jem od 3 tygodni. nie mogę. schudłam. wybieliłam zęby, zapuszczam włosy, wszystko po to, by być inną od tej, którą mnie pamięta. by być lepszą. najlepszą wersją mnie. wykrzesam z siebie ile się da. prawdopodobnie mam jeszcze cały miesiąc. bo w lipcu będzie na miejscu, ma praktyki.

nie wiem dlaczego tak bardzo się boję.

wczoraj siadłam do mojego archiwum na gg. sprzed 2 lat.
jak wiele się zmieniło... jak nieprawdopodobnie byłam uwiązana przy Nim. każde moje słowo, każdy gest był Nim przesycony. byłam skupiona tylko na Nim. nic innego się dla mnie nie liczyło, nic nie istniało.

nawet teraz.... mam poczucie, że staram się dla Niego.

poniedziałek, 14 maja 2012

ile jeszcze?

Tak bar­dzo za Tobą dziś tęskniłam. Przes­traszyło mnie to, że tak cho­ler­nie tęsknię. Tak nie na­leży się zacho­wywać, to niez­dro­we. Nie jes­tem słabą osobą. 

poniedziałek, 7 maja 2012

say "goodbye" and run away

wczoraj nie miałam nic.
dziś mam znacznie mniej.


muszę się zmienić.

niedziela, 22 kwietnia 2012

zębina

minęło ponad pół roku.
mam straszną ochotę się do Niego odezwać.
to galopuje, rozrasta się w każdej komórce mojego ciała.
był tylko mój. był.
a teraz nie mam nic swojego.
ludzie mają swoich partnerów, swoich przyjaciół.
a ja od pół roku... nie mam nic swojego.
ja i On. byliśmy toksyczni, On mnie zabijał.... ale miałam. miałam choć złudzenie.
pojawił się ktoś, kto jest lepszy od Niego. ktoś kogo mogłabym pokochać. dlaczego więc nadal myślę o Nim? dlaczego teraz siedzę i płaczę?
to byłby takie proste.... wymyśliłabym błahy powód, w którym tylko On mógłby mi pomóc. jaki? pf.... "hej, wiem, że między nami jest dziwnie, ale tylko Ty możesz wyjaśnić mi proces usunięcia zębiny próchnicowej. wiesz... na zajęciach z prawa medycznego mamy casusy. mnie trafił się ten, ze stomatologii i mogłam się zgłosić tylko do Ciebie. od tego zależy moje zaliczenie, ale zrozumiem, jeśli się nie odezwiesz."
odezwałby się.
myślę o nim, bo już nie jestem na Niego zła. przeszło mi. i ten moment, kiedy w dniu moich urodzin dostałam SMS'a z życzeniami. pamiętam, wyświetliła mi się jego ksywa na telefonie.



wtedy przestałam oddychać na jakiś czas.



czy to moja tęsknota? czy może znowu mam ochotę mieć jakąkolwiek władzę, nad jego życiem. może chce poznać alinę, może chcę ją wyeliminować. nie powinnam. wiem. ah te moje plugawe egocentryczne zapędy.

"I heard, that your settled down. That you, found a girl and..."


błagam.
nie pozwólcie mi się do Niego odezwać.

czwartek, 5 kwietnia 2012

uciekam

wyjeżdżam. na krótko, ale zawsze coś. mam nadzieję, że ten czas mądrze wykorzystam. mam nadzieję, że przestanę, jak zwykłam ostatnio, pić co wieczór i rzewnie płakać. już taka byłam. na pierwszym roku studiów. teraz bez dwóch zdań wolę moją obecną hipokryzję emocjonalną aniżeli poprzednie lęki.

a więc....
znalazłaś się droga alino. ciekawe, jaka jesteś. ciekawe jak wyglądasz. poznał cię w klubie, więc najpierw spodobałaś mu się fizycznie. zapewne jesteś szczupła, twoja karnacja ma oliwkowy odcień. masz długie nogi. zawsze to lubił. przypuszczam, że masz ciemne włosy i niebieskie oczy. zęby. masz ładny i słodki uśmiech. jesteś naturalna i delikatna. dla niego. dla mnie jesteś nijaka. nie pijesz alkoholu, a to świadczy o fakcie, że albo jesteś alkoholiczką albo jesteś niedostosowana społecznie. z tego co udało mi się ustalić, jesteś ogromną przeciwniczką alkoholu. nie pijesz nigdy a i On się przy tobie wstrzymuje. zabawne. zawsze był niczym chorągiewka. dostosowywał się. ze mną zaczął palić, przy tobie przestanie pić. masz prostą konstrukcję. musisz mieć. i w żadnym wypadku, zabraniam ci być podobną do mnie. a więc.... spotykacie się regularnie. ciekawe czy masz jakieś pasje. tak bardzo chcę, żebyś była głupia. pusta i nic nie warta.

bo ty, droga alino, nie zdajesz spbie sprawy z tego na co się porywasz. jego trzeba prowadzić za rączkę, z nim trzeba być, nim się trzeba zajmować i jego trzeba przeżywać. ty go nie zrozumiesz, nie będziesz rozróżniać jego uśmiechów i liczyć pieprzyków na jego policzkach. nie będziesz potrafiła się z nim śmiać do łez. nie zrozumiesz jego chorych ambicji, nie będziesz pocieszać go, jak znowu pokłóci się z ojcem. przyjdzie taki czas, że zabraknie ci sił, argumentów i pomysłów na niego. nie zrozumiesz jego świata i zaczniesz konkurować z jego matką. nie podołasz temu wszystkiemu, nie będziesz tolerować jego humorów i wiecznie na niego czekać. dlaczego? bo nie jesteś mną. mam nadzieję, nie podołasz....


minęło prawie pół roku.
ja nadal nie mam nic. obok dziwnego hamowanego zakochania do pewnego typa spod ciemnej gwiazdy i ogromu bólu, jaki czuję do Niego i do ciebie alino. że ośmieliłaś się pojawić w jego życiu.


niedługo będę w stanie pożyczyć Ci szczęścia z nią u boku, a Ty nie zauważysz nawet, że to ja chciałabym być na jej miejscu. niedługo tak będzie, obiecuję. pracuję nad tym.



uciekam.
chcę uciec.
uciekam.

sobota, 24 marca 2012

przytul mnie życie


"Czy usłyszałabym szept
Jakim to miłość wyznaje się
Gdybym nie znała słów złych
Za te złe słowa dziękuję ci"




właśnie teraz czuję, czuję, że muszę wyrzucić z siebie absolutnie wszystko. jestem zła. zwyczajnie i niezwykle intensywnie zła na życie. są po prostu rzeczy, które mnie denerwują. nie mówię o nich, nie piszę o nich i udaję, że nigdy nie miały miejsca.

wyparcie.

mój najskuteczniejszy środek obronny. zawsze działa.


R.... nie mogę przestać o nim myśleć. cóż. może o to mu chodziło? zastanawiam się... jak można zostawić kogoś z czymś takim? czyżby to wyrzuty sumienia przedzierały się przez moje słowa? czuję się trochę tak, jakby wszystko, co wydarzyło się miedzy nami było tylko moją winą. nie wypieram się. moją było. owszem. ale nie w 100%.
nie powinien był mi tego mówić. nie miał prawa. nie może. przestałam o niego zabiegać, przestało mnie to bawić. odpuściłam, bo skupiłam się na NIM. byłam przekonana, że to co było między mną i R jakoś tak naturalnie zaczęło zamierać. przeszłam z tym do porządku dziennego. zawsze się bałam, że przyjdzie taki czas, że za to zapłacę. a przez to, że sprawa wydawało się rozmywa, miałam nadzieję, że tak nie będzie. nawet o tym nie myślałam. o R też nie. aż tu przyszedł czas. czuję się przez to gorzej. nasze ostatnie spotkanie było zwyczajne. ja zanurzona we własnych myślach, on opowiadający o pracy. było zwyczajnie, aż powiedział "chciałabym cię im przedstawić. tyle im o tobie opowiadałem. jestem pewien, że by cię uwielbiali". zaproponował wspólne piwo. ja, R i jego najlepsi koledzy z pracy. nie wierzyłam w to, co słyszałam. przecież oni znają jego żonę, jego dzieci, bywają u niego w domu. i jako kto miałabym się tam pojawić? jako PRZYJACIÓŁKA? najbardziej zabawne w tym wszystkim było to, z jaką lekkością on o tym mówił. myślę sobie, okej czyli też wrzucił na luz, jeśli chodzi o to, co nas łączyło i teraz będziemy kumplami. zeszłam z tematu. zaczęliśmy gadać o związkach, o relacjach między kobietami i mężczyznami, itp. powiedziałam mu, co o tym myślę, co sądzę o związkach, jak moim zdaniem powinny one wyglądać. patrzył na mnie. w ten sposób, który lubię. to była mieszanka podziwu z zaskoczeniem. potem on zaczął prać swoje małżeńskie brudy. powiedział, że jego żona jest głupia. szkoda mi jej. nigdy bym nie chciała, żeby mój mąż tak o mnie mówił. może się do tego przyczyniłam? może faktycznie jest głupia.

a potem powiedział, że mnie kocha.



----

i co kurwa w związku z tym wszystkim?

siedzę i płaczę. nie kontroluję tego. łzy lecą same po moich policzkach.

minęło 5 miesięcy.
5 miesięcy wrzaskliwej ciszy. w ciągu tego czasu usiłowałam ułożyć sobie życie. nie wyszło mi. co czuję? czuję, że tęsknię. tak. to właśnie to uczucie. ostatnio, żeby nie mieć czasu na szczególne rozmyślania, zaangażowałam się w sprawy innych. pomagam ludziom. staram się. znów daję z siebie, jak najwięcej. to mi pomaga. z tym łatwiej żyć. powoli wracam do mojego neurotyzmu sprzed studiów. lubiłam go nawet. za dnia szczęśliwa, w nocy zanurzona w cierpieniu.

nic nie zrobiłam.
nic nie mogę zrobić, żeby zmienić cokolwiek.
jest mi tak kurewsko samotnie.

nie czuję się nikomu potrzebna.
nie czuję się potrzebna sobie.

niedziela, 12 lutego 2012

po drugie: rozgoryczenie.

"nie, nie chcę Cię skrzywdzić"
"jesteś świetną dziewczyną i na pewno kiedyś znajdziesz kogoś dla siebie."
"nie chcę psuć tego co mamy"
"przyjaźń jest taka piękna"
"przyjaźń jest wieczna"
"przecież zawsze możemy się przytulać"

oczywiście! bo cóż innego?
nie rozumiem instytucji dzisiejszych związków. kiedyś było o wiele prościej. kiedyś albo się kochało albo nie. teraz się jeszcze "lubi" albo "bardzo lubi", można jeszcze "uwielbiać", zawsze najintensywniej, kiedy chce się iść z kimś do łóżka. co to jest? co się stało z instytucją miłości? dlaczego faceci się boją? dlaczego ja się boję mówić o moich uczuciach. dlaczego już nie potrafię? czemu lęk przed odrzuceniem jest silniejszy?

co się z nami wszystkimi kurwa stało!?!?

dawno nie pisałam niczego tutaj. odsuwałam od siebie pewne fakty z nadzieją, iż skutecznie wyprę je ze świadomości. cierpię. nadal, cały czas.
cicho.
nie jestem tą samą osobą. przestałam się lubić. znowu jestem wrogiem samej siebie. z każdym dniem coraz więcej we mnie agresji. nie mogę się skupić. wszystko zawalam. ciągle robię coś nie tak.
nie wierzę ludziom. nie wierzę im, kiedy mówią o mnie dobre rzeczy. przestałam się szanować, doceniać, uśmiechać. żyję z dnia na dzień czekając na cud. czasem mam poczucie, że to wszystko, to musi być jakiś film albo sen. to nie jest moje życie.
z momentem uświadomienia sobie, co to jest miłość oddałam prawo do rządzenia moim światem innym ludziom.
nie płaczę. znowu nie mogę.
nie mogłam wtedy. 4 miesiące temu, kiedy siedziałam z nim w samochodzie. teraz też nie płaczę. płakałam, kiedy musiałam uśpić psa. płakałam bardzo. miałam wrażenie, że to cierpienie sprawiło, że znowu zaczęłam "czuć".
dziś dowiedziałam się, że ten (X), który niedawno krzyczał mi w twarz, że mnie kocha mnie oszukał. wow. ależ nowość. nie kocha mnie. kolejny. znalazł sobie nową. inną. fascynującą. moja rozmowa z nim mnie dobiła. być może to zabrzmi okropnie, ale chciałam, żeby mnie kochał. chciałam mu wierzyć. otworzyłam się przed nim. powiedziałam mu, że mi na nim zależy, a on krzyczał, że mnie kocha. a teraz na przemian mnie olewa i wyraża swoją tęsknotę. czułam, że ktoś jest. czułam, że ktoś zawrócił mu w głowie. ciekawe dlaczego mi o niej nie powiedział. no tak. zapomniałam, że ja i on nigdy nie będziemy razem, bo on na pewno by mnie skrzywdził. a poza tym to przecież kocha mnie, jak siostrę.

kurwa. przestańcie mnie traktować, jak kogoś bez uczuć.

nie chcę się nigdy więcej zakochiwać. nie chcę nigdy więcej nikomu zaufać.